Rajd letni 2009
Video1

Majówka 2009
Video2

Poręba 2010
Video3

Newsletter

E-mail:

Burzenie mitów - jeździectwo naturalne to jazda na kantarze?

Autor: Justyna Mitka
Dodano: 25.11.2010 23:38

            W Polsce tzw. „jeździectwo naturalne” jest ciągle dość młodą dziedziną i niestety dotarło do nas od niekoniecznie najlepszych wzorców. Znane są u nas przede wszystkim szkoły komercyjne, którym zależy na zarabianiu pieniędzy, a nie na dobru koni.

            Zacznijmy od korzeni tzw. „jeździectwa naturalnego”. Metoda takiego stylu jazdy  wywodzi się z szeroko pojętej tradycji ranczersko-kowbojskiej, gdzie konie nadal używane są do pracy - dlatego też muszą być dobrze wychowane i posłuszne, aby w trudnych sytuacjach podczas pracy na ranczu, mogły, jak zajdzie taka potrzeba, uratować życie swoim właścicielom. Jest to jedna z nielicznych, żywych jeszcze kultur, gdzie konie są użytkowane, a nie są tylko hobby lub sportem. W tzw. „jeździectwie tradycyjnym” konie stały się „sztuką dla sztuki” i często przestano zwracać uwagę na bardzo ważne aspekty podczas treningu, takie jak psychologia czy fizjologia tych zwierząt i dlatego pojawiły się tzw. problemy behawioralne. Buck Brannaman powiedział: „Dopóki ujeżdżenie miało cel – zabijanie, bo tradycje jeździeckie wywodzą się przecież ze szkół wojskowych, konie były trenowane w dobry sposób. Teraz nie ma żadnego konkretnego celu i dlatego tak to wygląda, jak wygląda”. Dlatego też wielu ludzi, mając problemy z końmi, zaczęło szukać pomocy w „jeździectwie naturalnym”. Niektórzy szybko zdali sobie sprawę z możliwości osiągnięcia korzyści materialnych i rozpoczęli masową przeróbkę wielowiekowej tradycji ranchersko-kowbojskiej w łatwo przyswajalny program, który da się szybko sprzedać wraz z mającym przynosić natychmiastowe efekty magicznym sprzętem.

            Moim zdaniem spaczyło to pierwotne założenia tzw. „jeździectwa naturalnego”.

Prawdziwy „natural horsemanship” to nie jazda na oklep, na kantarze sznurkowym lub jazda zupełnie bez niczego. Jeśli koń jest dobrze ujeżdżony i ma zaufanie do nas, oczywiście da się to osiągnąć, ale jest to raczej „efekt uboczny”,  a nie założenie tego nurtu i cel sam w sobie.

            Jeśli uznamy to za założenie nurtu, okazać się może, iż przyniesie to więcej szkody niż pożytku. Nikt z ranczerów nie używał i nie używa kantara do jazdy, może podczas jednej lub dwóch pierwszych jazd z młodym koniem (do pracy z ziemi jak najbardziej). Potem jeździ się na zwykłym ogłowiu wędzidłowym, następnie (niektórzy od razu) na kalifornijskim hackamore (bosalu), kończąc szkolenie konia na kiełźnie z tzw. wędzidłem „spade bit” lub „half breed”.

Na kantarze sznurkowym można bardzo łatwo nauczyć konia wieszania się, ciągnięcia, można spowodować jego usztywnienie (na ogłowiu i bosalu zresztą też poprzez nieumiejętne jego użycie, ale mniej niż na kantarze), a przecież to nie o to chodzi w dobrej szkole jeździeckiej.

            Nieraz widuje się ludzi jeżdżących bez niczego na pysku konia lub ze sznurkiem dookoła szyi. Jeśli przejdzie się do tego etapu zbyt wcześnie, konie będą za mocno obciążać przód , będą chodzić w odwrotnym ustawieniem na kole i w zakrętach, a tego nie chcemy osiągnąć podczas pracy z końmi. Pamiętam, jak Steve Halfpenny powiedział kiedyś, że przez to, iż za dużo jeździł nie zakładając koniowi niczego na pysk, nauczył  Foxiego (swojego już niestety nie żyjącego konia, który występuje na szkoleniowych DVD Silversand Horsemanship) jazdy w odwrotnym ustawieniu i nie mógł go tego w stu procentach oduczyć. Obserwuję pracę Steva od kilku lat z jego kolejnym „głównym” koniem - Gandalfem i widzę, że błędu tego już nie popełnia. Gandalf (miałam przyjemność jeździć na nim w tym roku i jest to najlżejszy i najlepiej ujeżdżony koń, na jakim siedziałam w swoim życiu) chodzi na kalifornijskim hackamore i na ogłowiu z wędzidłem „half breed”, a prowadzony może być bez żadnego problemu jedną ręką (uczyłam się na nim grać w polo-cross).

            „Natural horsemanship” to praca w zgodzie z potrzebami psychofizycznymi koni, stosowanie odpowiedniego podejścia, a nie nauka sztuczek cyrkowych (jakkolwiek jeśli uczy się ich  konie z odpowiednim podejściem, to czemu nie, ale jest to znów „efekt uboczny”, a nie cel) czy magicznych technik. Śmieszy mnie, jak pokazując filmiki z Buckiem Brannamanem, nieraz słyszę: „ale cóż to ma wspólnego z jeździectwem naturalnym, ten facet jeździ na ogłowiu”.  Czy mówiące to osoby naprawdę nie widzą, że koń Bucka jest rozluźniony, skupiony na nim, spokojny i ogólnie zadowolony z życia? 

Dopóki nie zmieni się u nas wiedza na temat tego, czym jest „jeździectwo naturalne”, będzie miejsce na zarzucane nam przez niektórych klasyków showmeństwo, będą panowały przesądy na jego temat lub też z góry cały nurt będzie przez nich odrzucany (jakkolwiek otwarci ludzie, niezależnie od tego jaki styl jazdy czy szkołę reprezentują, będą zawsze umieli wyciągnąć z każdego podejścia do pracy z końmi dla siebie to, co najlepsze; a takich ludzi spotkałam i w tzw. „jeździectwie naturalnym” i w „klasycznym”).

Obydwie grupy – naturalowców i klasyków, odsyłam do źródeł tego podejścia w pracy z końmi - Toma i Billa Dorrance’ów, Raya Hunta i ich ucznia – Bucka Brannamana oraz Steve’a Halfpenny’ego, który również czerpie z ich przekazu i dziedzictwa pełnymi garściami.

Uwierzcie, można się od nich wiele nauczyć, niezależnie od tego, jaki styl jazdy chcemy uprawiać i co chcemy osiągnąć docelowo z naszymi końmi!





Komentarze


Dużo dający do myślenia artykuł, myślę, że wiele wyjaśnia, dziękuje autorce za upożądkowanie mojego myślenia
anonimowy komentarz - 29.11.2010 16:43



Dodaj nowy komenatrz







* Zawartość tego pola nie będzie publicznie dostępna





Amiga-_na_strone_thumb150fixed
Buck_thumb150fixed
Buck-_mlode_konie_thumb150fixed
Gandalf-_na_strone_thumb150fixed
Zadora-_na_strone_thumb150fixed