Rajd letni 2009
Video1

Majówka 2009
Video2

Poręba 2010
Video3

Newsletter

E-mail:

Zmiany

Autor: Ula Dziurzyńska
Dodano: 17.12.2010 21:56

Grecki filozof Heraklit powiedział przed wiekami: “wszystko przemija prócz zmiany”. Starożytny myśliciel uważał zmianę za jedno z elementarnych praw rządzących całą naturą, siłę napędową wszelkiego życia. Twierdził, że bez niej nie ma rozwoju. Również w waszym życiu nieustannie zachodzą mniejsze i większe zmiany - nieraz niemal niezauważalne. Jedne powstają z naszej inicjatywy, inne spadają na nas nieoczekiwanie i niszczą ustalony porządek. Nie zawsze ich pragniemy. Czasem zmiana wiąże się z głębokim kryzysem. Ale jest nieodłączną częścią naszego życia.

 Kilka lat temu, kupiwszy wymarzonego konia, hucuła z domieszką małopolaka o wdzięcznym imieniu Wiosnek, rozpoczęłam z nim trening ujeżdżeniowy. Chciałam po prostu kontynuować to, czego uczono mnie na lekcjach rekreacyjnych. Znałam tylko taką drogę. Jednak, jak się okazało, mój koń nie ma warunków do przyjmowania nauk drogą treningu ujeżdżeniowego. Chodził sztywny, często wykazywał nieposłuszeństwo, widać było po nim, że taka szkoła mu się nie podoba. Podczas gdy inne, bardziej posłuszne konie, poddawały się, mój jakoś nie chciał wpasować się w sztywne ramy wypinacz-łydka-bat. Jakim cudem wspaniała jazda w terenie na ujeżdżalni zmieniała się w mękę i dla mnie i dla mojego konia? Odpowiedź przyszła, gdy poznałam Justynę MItkę a po kilku miesiącach treningów z Nią odkryłam, że to ja muszę się przystosować do potrzeb mojego wierzchowca a nie on do moich absurdalnych oczekiwań. Przyszło opamiętanie i bardzo miły okres w moim, a mam także nadzieję, że i Wiosnka, życiu. Mimo, że trenujemy 3 rok nadal odkrywam, że na drodze uczenia się koniowatości mojego kopytnego partnera jeszcze dużo przede mną. A jeszcze więcej na drodze przekonania innych, że nasz styl jeździecki może i nie przyniesie nam medalu na olimpiadzie ale za to przynosi zdrowie i spokój psychiczny Wiosnkowi a mnie dużo radości ze wspólnej jazdy. Spotkałam się parę razy ze zdaniem, że to co robimy może i jest fajne ale niegodne naśladownictwa gdyż nie przynosi mi żadnych wyników na polu sportowym. Smutno mi się robi, gdy słyszę takie opinie. Dlaczego jednak od czasu do czasu spotykam się z nimi? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć w dalszej części mojej wypowiedzi.


 Człowiek od zawsze przyczyniał się do zmian w swoim środowisku, nauczyliśmy się naginać otoczenie do naszych potrzeb, potrzeb rosnących wraz z rozwojem cywilizacji, potrzeb narastających czasem do absurdalnych rozmiarów. Pojęcie kompromisu kojarzy się nam z wyrzeczeniem, stratą, chociaż prawidłowo przeprowadzony kompromis niekoniecznie musi to oznaczać. Umiemy się zmienić gdy chodzi o nasze dobro, gdy chcemy coś osiągnąć z pożytkiem dla siebie. Czy jednak potrafimy całkiem zmienić nasze nastawienie, czy potrafimy się wyrzec swoich zachcianek i ambicji na potrzeby lepszej komunikacji ze zwierzętami? Prawie każdy z nas deklaruje, że kupił/dostał/uratował swego konia bo kocha te zwierzęta i chce z nimi jak najlepiej współpracować. Kupujemy naszym podopiecznym kolorowe czapraki, coraz lepsze siodła, miękkie ogłowia, ochraniacze na nogi, frędzle na głowę. Zapewniamy im najlepsze pasze, dobrą stajnię, wybiegi, pastwiska, leczenie. Chuchamy, dmuchamy, przytulamy, czeszemy, myjemy, opartujemy najlżejsze ukąszenia owadów, ranki czy otarcia. Czytamy książki poświęcone różnym dyscyplinom jeździeckim, płacimy częstokroć niemałe pieniądze za treningi i kursy. Jednak większości ludziom trudno jest zmienić się dla swojego ulubieńca. Dlaczego?

 Jako psycholog powiedziałabym, że za taką postawą stoi po części konformizm, czyli chęć dopasowania się do większości celem bycia akceptowanym przez społeczeństwo, w którym żyjemy. Jest to potężna siła, często nieuświadamiana, oddziaływująca na nas przez całe życie. Już od małego uczymy się, że postawy, wygląd, zdanie, myśli sprzeczne z naszym otoczeniem są karane odrzuceniem i samotnością. Stąd ludzie, którzy prezentują nowatorski styl myślenia, chociaż często mają rację, są początkowo piętnowani i wyśmiewani. W XX wieku w Polsce oddaliliśmy się od naszych  korzeni jeździeckich. W wyniku wojen światowych zginęła większość świetnych instruktorów jeździectwa, nauczycieli, którzy realizowali program oparty na starych, dobrych zasadach. W wyniku tego odcięcia górę wzięły szkoły przynoszące dobre wyniki częstokroć kosztem zwierzęcia ale za to minimalnym wysiłkiem człowieka.

 W drugiej połowie XX wieku pojawiło się kilkoro ludzi, którzy przypisują sobie lub jest im przypisywane odkrycie metody obcowania z końmi opartej na potrzebach wynikających z ich kondycji psychicznej i fizycznej– mam na myśli przede wszystkim Montego Robertsa czy Pata Parelliego. Mówię o tych Panach, gdyż są chyba najbardziej rozpoznawalni w świecie końskim, chciaż nie jedyni. Nie wszyscy wiedzą, że ich szkoły mają swoje źródła w znanych już przed stuleciami metodach ludów hiszpańskich, indiańskich czy nawet greckich a bezpośrednio czerpią z kilkuwiekowych tradycji kowbojsko-ranczerskich. Ponadto wielu innych przedstawicieli tej tradycji jest mało znana gdyż nie zabiega o sławę, ciężko pracuje na swoich ranczach i pomaga ludziom i koniom z najbliższego otoczenia (Buck Branneman, Ray Hunt, Tom i Bill Dorance). M. Roberts nie odkrył niczego nowego mówiąc o potrzebach hierarchicznych w stadzie, On tylko przybliżył je ludziom na sposób 20-wieczny – głośno, stanowczo, medialnie. Dla wielu ludzi On i jemu podobni są właśnie nonkonformistami, jednostkami nie do zaakceptowania, metody takie zatem są odrzucane i wyśmiewane, szczególnie w krajach, do których dotarły najpóźniej czyli także u nas. Przez ostatnie  kilkadzięsiąt lat w świecie końskim istniał podział na tak zwane metody klasycznej pracy z końmi przeciwstawiane metodom naturalnym. I chociaż takie przedstawienie sprawy to kompletne nieporozumienie, zostało chętnie podchwycone przez ludzi. Wynikało to niestety z niewiedzy, niechęci do nieznanego i trudności z jaką ludzie zmieniają swoje zdanie. W wielu krajach taki podział był i jest podtrzymywany celem wywołania kontrowersji, zdeprecjonowania drugiej grupy i zdobycia jak nawiększej rzeszy zwolenników a co za tym idzie – pieniędzy.
 Podczas gdy w Polsce mentalnie pozostajemy w latach 90-tych, gdy na Montego Robertsa mówiło się „zaklinacz koni”, na zachodzie w obecnych czasach poglądy się zmieniają i coraz częściej mówi się po prostu o jeździectwie dobrym i złym. Propagatorem takiego myślenia jest choćby australijczyk, którego miałam przyjemność poznać osobiście – Steve Halfpenny, założyciel Silversand Horsemanship, znakomity koniarz, świetny jeździec i szkoleniowiec. Gdyby więcej ludzi postrzegało jeździectwo tak jak on i jemu podobni nie musielibyśmy walczyć z etykietką wyśmiewanych „kantarkowców”, „sznurkowców”, „naturalsów” czy po prostu „oszołomów”. Ale jest nas jeszcze mało a na pewno mniej niż sportowców i pseudosportowców, w wyniku czego należymy do grupy nonkonformistów, a tych jak mówiłam, ocenia się w najlepszym wypadku jako nieszkodliwych wariatów. Przeciwko nam stoją także sędziowie na zawodach, czasem świadomie lub nie promujący spektakularne wyniki pary jeździec-koń bez brania pod uwagę kosztów uzyskania takich wyników. Kosztów, które zwykle ponosi koń, zaliczając w efekcie błędnego, forsownego, czy wręcz brutalnego treningu kolejne kontuzje lub szkody w psychice. Nie oceniam oczywiście w ten sposób całego świata sportu końskiego, nie twierdzę, że wszyscy sportowcy maltretują swoje konie wymagając od nich osiągnięć. W naszym podejściu także wymagamy, także się szkolimy, także używamy siodeł, tranzelek i pomocy jeździeckich. Lecz równie dużo oczekujemy od siebie samych. Przede wszystkim elastyczności i gotowości na zmiany. U podstaw naszej nauki (należę do nurtu Silvesand Horsemansip) stoi teza, że to my mamy dotrzeć do koniowatości naszych podopiecznych, to my mamy spróbować zrozumieć ich potrzeby, ich charaktery, ich nastroje i instynkty. Staramy się przejść ponad naszą naturę egoistów, „naginaczy” otoczenia do siebie a osiągamy to poprzez naukę o zachowaniu koni. Jednak, jak łatwo zauważyć, w naszym kraju jesteśmy na razie w mniejszości, w mniejszości głoszącej dodatkowo niewygodne tezy.
 Większość jeźdzców została wychowana w duchu metod, gdzie liczą się szybkie efekty kosztem zwierzęcia. Duża ilość ludzi nie uświadamia sobie nawet, że zmuszając konia do niewłaściwej dla niego pracy naraża się go na ból fizyczny i psychiczny. Mierzą zwykle konia miarą człowieczą, przypisują uczucia i wytrzymałość psychiczną daną gatunkowi ludzkiemu. Wreszcie, nie wiedzą, co tak naprawdę jest lub nie jest właściwe dla ich podopiecznych. A niewiedza, niejasność plus chęć dorównania innym jest źródłem konformizmu społecznego – inaczej mówiąc robimy coś dlatego, że inni tak robią, niekoniecznie badając czy ci inni robią dobrze. Jednym zdaniem – ludzie mają tendencje do zgadzania się z większością bo tak łatwiej i milej. Na pewno łatwiej niż codzienne próby zmieniania się z korzyścią dla naszych koni. W związku z tym namawiam i będę zawsze namawiać do otwartości na inne metody, do tolerancji dla innego stylu, do zapoznawania się z naszymi metodami, do krytycznego spoglądania na siebie i swoich trenerów. Wszystkim wreszcie życzę siły w walce ze skostniałym systemem nauki jazdy, próbami wyśmiania tego, co odstające od zastanych norm i własnymi słabościami. Weźmy odpowiedzialność za nasze postępowanie, przyznajmy się do tego, że czasem jesteśmy ograniczeni postawą konformistyczną, że czasem nie chcemy patrzeć przychylnym okiem na inne metody tylko dlatego, że są wyśmiewane. Za Heraklitem otwórzymy się na zmiany. Skorzystają z tego nasze konie.



Dodaj nowy komenatrz







* Zawartość tego pola nie będzie publicznie dostępna





Ula4_thumb150fixed
Ula1_thumb150fixed
Ula2_thumb150fixed
Ula3_thumb150fixed
Ula5_thumb150fixed
Ula6_thumb150fixed