Rajd letni 2009
Video1

Majówka 2009
Video2

Poręba 2010
Video3

Newsletter

E-mail:

Końska szkoła charakteru

Autor: Natalia Szczęch
Dodano: 13.04.2010 00:15

Zaczęłam jeździć konno, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, miałam ok.8 lat.
Wtedy nawet w jeden setnej procenta, nie zdawałam sobie sprawy, z tego ile te zwierzęta mnie nauczą.
Po raz pierwszy z alternatywnym podejściem do koni, spotkałam się w 2003 roku, zaczynałam wtedy liceum. Zakochałam się w takim podejściu do koni od pierwszej jazdy.
Jednak by tak jeździć trzeba było zmienić pewne dotychczasowe nawyki związane z jeździectwem. A dla dziewczyny w wieku licealnym samodyscyplina, towarzysząca alternatywnemu jeździectwu, nie jest czymś naturalnym. Wiele razy musiałam od nowa zaczynać moją pracę i cofać się z ćwiczeniami. Do dziś, często przez brak umiejętności organizowania czasu muszę zaczynać od nowa. Ale mimo to i tak nie przestanę jeździć i się rozwijać. Nawet, jeśli bym musiała zaczynać od początku.

Bo konie dały mi coś więcej niż tylko przyjemności jazdy.
Konie ukształtowały mój charakter.


Studiuję fotografię, więc można powiedzieć, że jestem artystyczną duszą. A „artyści” uważani są powszechnie za ludzi nadwrażliwych, często niestabilnych emocjonalnie. Jest w tym trochę prawdy. I prawdę powiedziawszy, gdyby nie jeździectwo, miałabym teraz sto razy więcej problemów emocjonalnych.
Dobra szkoła jeździecka w pierwszej kolejności, powinna nauczać o naturalnym zachowaniu koni. Po to, byśmy wiedzieli, „z czym to się je”. W każdej dziedzinie życia, żeby coś robić w praktyce, trzeba posiąść pewną wiedzę teoretyczną. A każdy jak najszybciej chce wsiąść na konia, a nie słuchać długich wykładów.
Posłużę się przykładem empatii. Nie często można spotkać ludzi nią obdarzonych. Bo jest to trudne, postawić się na miejscu innego człowieka. A co się dzieje, kiedy musimy się postawić na miejscu konia? To potrafi jeszcze mniej ludzi. Wymaga to od nas ogromniej wiedzy. Związanej z końską anatomią, psychiką i historią gatunku. Nauka „końskiego” języka ciała, odpowiedniego dosiadu i zagadnień związanych z psychiką konia, jest bardzo wymagająca. Czasem sama bariera tego ogromu wiedzy, jaki musimy posiąść okazuje się zaporowa. Ludziom po prostu nie chce się tego uczyć. Dlaczego?.. Właśnie, dlatego, że w jakimś miejscu, za pieniądze mogą wsiąść na konia i pojeździć sobie. Bez większych problemów i nakładów czasowych. A szkoły alternatywne, sliversand, connected riding, t-touch wymagają od nas poświęcenia czasu, nie tylko pieniędzy. Wymagają nawet więcej, wymagają zrozumienia natury konia i szacunku do niej.
Kilka lat temu byłam zupełnie inna. Ekstremalnie niecierpliwa, wybuchowa. Musiałam wtedy przez dwie godziny łapać konia na pastwisku - czekać, aż sam do mnie podejdzie.
W moim przypadku, nauka wynikała również z tego, z jakim koniem przyszło mi pracować. Ta kobyłka była moim odbiciem. Hiperwrażliwa, zawiodła się na człowieku, była zamknięta w sobie, co okazywała ucieczką. Lata trwało budowanie zaufania między nami. Ale niczego tak nie chciałam, jak tego, żeby mi zaufała. Musiałam nauczyć się cierpliwości i wynagradzania każdej próby, jaką podejmowała w pracy ze mną. Wymagało to ode mnie, kompletnego przewartościowania mojego świata i bardzo trudnej, ciężkiej pracy. Musiałam zacząć patrzeć szerzej niż tylko moje ręce, łydki i proste plecy. Musiałam stać się elastyczna. Dodatkowo musiałam także nauczyć się personalnego podejścia do każdego konia. Bo koń jest jak my. Każdy jest inny i wymaga indywidualnego toku pracy. One też mają złe dni, też im się czasem nic nie chce.
Nie wiem ilu ludzi, zdaje sobie sprawę z tego, w jakim połączeniu znajdują się z koniem siedząc na jego grzbiecie…

Koń czuje każdy ruch naszego palca, każdy nasz oddech, każde przesunięcie równowagi z jednej strony na drugą. Wsiadając na konia przyjmujemy na siebie tak ogromną odpowiedzialność, jaką jest zdrowie fizyczne i psychiczne tego zwierzęcia.

Koń nie może być traktowany jak narzędzie do jazdy. One są żywymi istotami, które odczuwają każdy Nasz ruch. Gdyby wszyscy ludzie byli tego świadomi, to chyba nie istniałaby instytucja rzeźni. A dokładniej oddawania na mięso koni młodych, które z góry spisano na straty. Znalazły się tam tylko, dlatego, że ktoś nie próbował ich zrozumieć. Nie próbował pomóc. Przecież, jeśli nasze dzieci czegoś się boją, to staramy się to zmienić. A dlaczego kiedy koń mówi nam „boję się”, nie chcemy tego zmienić? Tylko go jeszcze karcimy, poprzez bicie batem albo kopaniem po brzuchu krzycząc jednocześnie „Ty głupi koniu, czemu nie chcesz tam iść!”.
Jest ogromnie dużo sytuacji, które mogłabym opisać. Ze wstydem i poczuciem winy przyznaję, że kiedyś sama tak się zachowywałam. A takie sytuacje wynikają z naszej ignorancji. Ignorancji dla końskiej psychiki, zachowań naturalnych, z którymi się one po prostu urodziły. Dlatego dziś jestem tak ogromnie wdzięczna, że dostałam szansę poznania alternatywnych metod jeździectwa.
Praca i czas, który poświęcamy na treningi z końmi, nie jest tylko czasem poświęconym koniowi. To czas poświęcony nam samym. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak to nas zmienia. Jak się otwieramy, jak uczymy się tolerancji i wyrozumiałości dla koni. A dzięki temu tolerancji dla innych ludzi. Moją personalną zmianę uświadomił mi mój obecny chłopak. Znaliśmy się dobrze zanim poznałam alternatywne metody pracy z koniem. Potem wyjechał i nie mieliśmy kontaktu. Spotkaliśmy się ponownie, po dwóch latach. Zaledwie po jednym spotkaniu zapytał mnie, co się stało, że tak się zmieniłam. Ktoś może stwierdzić, że po prostu dojrzałam. Na pewno, ale gdyby nie praca z końmi na pewno bym dojrzewała o wiele, wiele dłużej ( „artystyczna dusza”).
Konie wychowały mnie w równej mierze, co rodzice i moje otoczenie. Dzięki nim, zawsze się zastanawiam czy moją decyzją kogoś nie skrzywdzę i czy jestem w porządku wobec innych ludzi. To dzięki koniom potrafię być człowiekiem obiektywnym, potrafię czuć empatię. Potrafię zrozumieć i zaakceptować odmienność. Wychowałam się na typowym blokowisku, moi koledzy ze szkolnej ławki naśmiewają się z gejów, ortodoksyjnych chasydów, ludzi innych niż oni sami. Ja, dzięki temu, że jeżdżę alternatywnie nie mam takich barier. Bo konie nauczyły mnie szacunku dla innych punktów widzenia. Nie posiadłam jeszcze całej wiedzy, o której wspomniałam wcześniej. Cały czas ją poszerzam i rozwijam. Ogrom nauki nadal jest przede mną, a mimo to już tyle zyskałam.
Dziś zauważam wszystko, co konie mi dały. Dały mi siłę, żeby zawsze próbować, nawet, jeśli coś się nie uda. Nauczyły mnie spokojnie czekać na wyniki mojej pracy. Dziś już nie boję się cofnąć o jeden krok w pracy. Bo wiem, że dzięki temu pójdę dwa albo trzy do przodu.
Dziś, kiedy wracam do domu ze stajni jestem odprężona, szczęśliwa i przede wszystkim spokojna. Jestem spokojna o to, że moja klacz jest szczęśliwa. Wiem, że szanuję jej potrzeby, że nie jest do niczego zmuszana. Mam świadomość, że jestem w porządku, wobec jej potrzeb i charakteru. I to wystarczy, żeby widzieć w niej chęć do pracy. A to chyba najbardziej cieszy każdego jeźdźca. Kiedy może zobaczyć, że koń będzie z ochotą robił wszystko, o co go poprosi.





Komentarze


nie trzeba stosować alternatywnych metod pracy z końmi, by osiągnąć to o czym piszesz. Trzeba poprostu naprawdę kochać konie. Jednego konia wychowałam metodami, których piszesz, a drugiego jak mi srece podpowiada, a efekt ten sam. szczesliwy, spokojny koń wpatrzony w właściciela i ufny.
anonimowy komentarz - 26.11.2010 22:52



Dodaj nowy komenatrz







* Zawartość tego pola nie będzie publicznie dostępna





P1020694_thumb150fixed