Rajd letni 2009
Video1

Majówka 2009
Video2

Poręba 2010
Video3

Newsletter

E-mail:

Moja Australia

Autor: Justyna Mitka
Dodano: 14.04.2010 22:34

Australia jest niesamowitym kontynentem. Dla kogoś przybywającego z Europy jest czymś bardzo niezwykłym poprzez swoją odmienność w stosunku do tego, do czego my Europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni.
    Na pewno jest kontynentem dość różnorodnym; mokra, zielona północ i część zielonych obszarów wzdłuż wybrzeży kontra suchy i pustynny busz.    
To właśnie w buszu spędziłam większość czasu podczas moich pobytów w Australii.
Będąc tam nigdy nie miałam za dużo czasu na zwiedzanie, gdyż zawsze w innych celach tam się udawałam, natomiast zdołałam poznać trochę Melbourne oraz stolicę stanu Południowa Australia - Adelajdę.    
Bardzo miło wspominam zwiedzanie Parków Narodowych, gdzie można poznać florę i faunę Australii. Oswojone kangury biegają po alejkach tych parków i można je nakarmić z ręki i przyjrzeć się im z bliska, jakkolwiek większe wrażenie zrobiły na mnie dzikie kangury, które na co dzień miałam możliwość oglądać w buszu.
Dzięki wizycie w Parkach Narodowych mogłam się z bliska przyjrzeć wombatom, które bardzo ciężko jest spotkać w warunkach naturalnych. W buszu widziałam bardzo wiele nor wombatów,  natomiast samych wombatów niestety nie.
Tak samo rzecz się ma z dzikimi psami Dingo. Zobaczyłam je dopiero w Parku Narodowym. Nie zamieszkują one tego rejonu, gdzie mieszkałam przez większą część pobytu. Zresztą coraz trudniej o prawdziwe, czyste psy Dingo. Australijscy zoolodzy zajęli się poważnie ochroną i zachowaniem prawdziwych Dingo, gdyż z jednej strony dużym zagrożeniem są dla nich farmerzy, którzy je wybijają, żeby nie porywały im owiec, z drugiej strony - mieszanie się Dingo z psami domowymi, co bardzo często ma miejsce.
Nie należy zapominać, że Australia jest kontynentem najbardziej starych gatunków zwierząt, niektórzy mówią: żyjących skamielin. Mówi się tak nieraz o dziobaku i kolczatce. Są to zresztą jedyne znane ssaki, które składają jajka, a młode karmią mlekiem. Australia jest ojczyzną wielu osobliwych zwierząt. Należy do nich również przesympatyczny miś koala, którego miałam przyjemność poznać w Parku Narodowym. Niestety nie miałam możliwości zaobserwować go w naturze, gdyż nie żywi się akurat tym rodzajem eukaliptusów, które rosnę w okolicach Blanchetown.

Blanchetown i Riverland

Centrum Silversand Horsemanship znajduje się w Południowej Australii, około 130 km od Adelajdy w Riverland („krainie rzeki”), w zakolu Murray River. Południowa Australia cierpi od kilku lat od uciążliwej suszy i poziom rzeki Murray niestety gwałtownie opada, co wynika również z tego, że woda z Murray używana jest przez okolicznych mieszkańców do mycia i nawadniania pól. Ta piękna rzeka jest domem różnych gatunków ptaków, między innymi pelikanów i czarnych łabędzi.


Centrum Silversand Horsemanship

    Centrum Silversand Horsemanship prowadzone przez Irenę i Steve’a Halfpenny, leży w środku typowego australijskiego buszu. Przybywający tam uczniowie mieszkają w bardzo wygodnie urządzonych przyczepach kempingowych. Mieszkanie w środku buszu jest przeżyciem niesamowitym. Trzeba pamiętać, że zmrok zapada tam szybko i brać ze sobą latarkę, gdyż często można mieć problem ze znalezieniem drogi do własnej przyczepki po zasiedzeniu się z innymi w pomieszczeniu socjalnym, które wszystkim będącym w ośrodku SH  znane jest jako „Emu Shed”. Za to po zapadnięciu zmroku można podziwiać przepiękne gwiazdy, które w buszu wydają się być bardzo blisko ziemi. Rano budzą krzyczące papugi, które obsiadają wszystkie okoliczne drzewa.
    Konie w Centrum SH nie mają stajni, mieszkają w małych 3-4 konnych stadkach na padokach, na których mają wiaty. Mogą się w nich schronić przede wszystkim przed słońcem.
Są też małe pojedyncze padoczki dla przyjeżdżających w trening koni. W Australii używa się dużo mniej owsa w żywieniu koni niż zazwyczaj w Europie. Czasem, między innymi w Centrum Silversand, karmi się je tylko sianem, za to trzema rodzajami – sianem z lucerny, sianem owsianym i sianem łąkowym.

    Centrum SH jest magicznym miejscem, w każdym tego słowa znaczeniu. Panująca tam atmosfera między ludźmi, ludźmi i zwierzętami jest wspaniała i niepowtarzalna. To miejsce przyciąga i uzależnia. Byłam tam trzy razy i każdorazowo spędzony tam czas jest jedynym w swoim rodzaju przeżyciem i pozwala mi na rozwój, nie tylko moich umiejętności jeździeckich. Zawsze pracując tam z końmi dowiaduje się czegoś o życiu i o sobie, zawsze coś się we mnie zmienia, zawsze udaje mi się zrobić krok na przód w tej trwającej całe życie podróży, którą jest jeździectwo oraz ogólnie pójść na przód w życiu, bo jak powiedział Buck Brannemann - „Nie da się oddzielić życia i koni, to jest dla mnie jedno i to samo”. Horsemanship, tak jak wschodnie sztuki walki i joga, jest podróżą w głąb siebie. Gdy zmieniamy się pod wpływem pracy z końmi, to będzie to zmiana na każdym obszarze, nie tylko podczas pobytu w stajni. Dlatego horsemanship jest czymś tak bardzo fascynującym dla mnie, choć nie da się zaprzeczyć, że ta podróż bywa czasem żmudna i trudna i nieraz pod górkę, ale to, co się napotyka po drodze łagodzi wszelkie znoje.

    W styczniu i w lutym odbywa się w Centrum Silversand ujeżdżanie młodych koni.  Wtedy przyjeżdża zawsze kilku instruktorów z różnych krajów, żeby pomóc Steve’owi. Każdy z nas dostaje dwa, trzy konie pod opiekę i przez 5-6 tygodni z nimi pracuje. Steve służy zawsze cenną radą i pomocą.  Bardzo podoba mi się, że ma się dużą swobodę podczas pracy z tymi końmi. Tylko poprzez eksperymentowanie i w razie problemu – samodzielne szukanie rozwiązania - można się czegoś naprawdę nauczyć. Oczywiście jest rzeczą bardzo ważną mieć kogoś, kto doradzi i w razie kłopotu pokaże właściwą drogę, ale czasem warto samemu popróbować, bo praca z końmi tym właśnie jest – wiecznym szukaniem odpowiedzi na pytanie, co w danym momencie należy zrobić, żeby koniowi pomóc znaleźć właściwą odpowiedź, kiedy my czegoś od niego oczekujemy. Steve bardzo rzadko narzuca się komuś ze swoimi radami. Każdy z nas musi podejść i zapytać o radę, jak coś nie wychodzi. Wydaje mi się, że to też jest elementem nauki - przezwyciężenie jakiejś wewnętrznej nieśmiałości lub niepotrzebnego zakłopotania, przyznanie przed samym sobą, że się w danym momencie ma problem. Czasem, gdy Steve widzi, że ktoś ma naprawdę spory problem, podchodzi i pyta: „No i jak idzie?”
 Za każdym razem bardzo wiele się uczę podczas pobytu w Australii, ale zwykle dopiero po powrocie dociera do mnie w całej okazałości to, czego się nauczyłam. Gdy zostaję sama i rolę odwracają się: ja staję się nauczycielem. Mam wtedy czas, żeby sobie wszystko przemyśleć, wtedy też, ucząc kogoś przypomina mi się, co Steve powiedział do mnie w bardzo podobnej sytuacji, jaka teraz przydarza się komuś innemu. Każdy z nas jest inną osobą, ale większość z nas podczas nauki przechodzi przez podobne problemy, chwile zwątpienia i frustrację.


    Każdy przyjeżdżający do Centrum Silversand wnosi coś w rozwój innych. Każdy próbuje pomóc innym w najlepszy sposób, w jaki potrafi. Tak naprawdę wszyscy służymy sobie wzajemnie pomocą i jak się tam jest, to czuje się, jak członek Silversandowej rodziny. Każdy wnosi jakieś nowe pomysły, którymi zaraża innych. W tym roku takim wspólnym przedsięwzięciem była budowa labiryntu.
Wszyscy znający Silversand pamiętają tarantowatego konia Steve’a - Foxiego. Miało się wrażenie, że jest on częścią Silversandu, współtwórcą programu. Półtora roku temu, po operacji, w skutek zakażenia Foxy niestety zmarł. W tym roku, jedna z uczennic Steve’a - Helen z Namibii, wpadła na pomysł budowy labiryntu - spirali z kamieni, jako pomnika - hołdu złożonemu Foxiemu.  Każdy z nas podchwycił tą ideę i ostro zabraliśmy się do pracy.  Dla mnie praca przy budowie tego labiryntu była swego rodzaju medytacją, codzienne rano przed rozpoczęciem pracy z końmi spędzałam tam kilka chwil i miałam czas zastanowić się nad tym, czego nauczyłam się poprzedniego dnia.  
Labirynt dla Foxiego jest dla mnie również symbolem tego, ile każdy z nas tym wspaniałym zwierzętom zawdzięcza, jak wiele nam dają i jak niewiele tak naprawdę oczekują w zamian. Sama z zupełnie czystym sumieniem mogę powiedzieć, że moja klacz Amiga zmieniła moje życie. Po dzień dzisiejszy jest dla mnie najlepszym nauczycielem, jakiego sobie można wyobrazić i zawsze pokazuje mi, co jeszcze muszę w sobie zmienić, żeby stać się lepszym człowiekiem.



Dodaj nowy komenatrz







* Zawartość tego pola nie będzie publicznie dostępna





Australia3_thumb150fixed
Australia2_thumb150fixed
Australia4_thumb150fixed
Australia5_thumb150fixed
Australia6_thumb150fixed
Australia7_thumb150fixed
Australia8_thumb150fixed
Australia9_thumb150fixed
Australia10_thumb150fixed
Australia11_thumb150fixed
Australia12_thumb150fixed
Australia1_thumb150fixed